Ewolucja planety małp

malpy

Planeta małp” jest jednym z tych filmów, które są przykładem na to, że sequele nigdy nie przebiją oryginału. Z każdą kontynuacją pierwszego filmu o człekokształtnych miałem wrażenie, że gdzieś zanika cały klimat, dramaturgia, jak i kreatywny pomysł na ten świat. Jeszcze większą zgrozą napełnił mnie remake Tima Burtona. Przy całej sympatii do tego twórcy muszę stwierdzić, że małpy w jego wykonaniu to najgorszy film jaki reżyser stworzył. Było niedorzecznie, bardzo słabo i nudno. Zupełnie inną opinię mam na temat „Genezy planety małp”, którą wspominam dobrze. Nie był to tytuł rewolucyjny czy też pozbawiony oczywistych wad, ale oglądając go nie odczuwałem zażenowania przez co rodziła się iskierka nadziei, że małpy wracają na dobry tor. I tak też się stało za sprawą kontynuacji „Genezy…”, czyli „Ewolucji planety małp”.

Fabuła „Ewolucji planety małp” w reżyserii Matta Reevesa dzieje się w momencie, w którym człowiek przestał być już osobnikiem dominującym. W wyniku śmiercionośnego wirusa gatunek ludzki stał się rzadkością. Małpy z kolei rozwinęły się. Potrafią jeździć konno, w lepszy sposób komunikują się pomiędzy sobą, a ich język coraz częściej nie sprowadza się do monosylab. Ludzie, którzy zamieszkują małą enklawę w San Francisco mają prawdziwy problem. Jedyną szansą dla nich na przeżycie jest uruchomienie hydroelektrowni, która znajduje się w lasach Muir. Jednak źródło zasilania zapewniające wybawienie znajduje się na terenie zamieszkałym przez małpy, którymi rządzi znany nam już z „Genezy…” Caesar.

Podstawową zaletą tego filmu jest to, że nie skupia się tylko na ludziach, co właśnie robiła „Geneza planety małp”. W „Ewolucji…” to małpy w pierwszej kolejności są głównymi postaciami, z którymi widz spędza więcej czasu. Są dużo ciekawsze od ludzi i chcemy poznawać ich zwyczaje oraz relacje jakie panują w stadzie. Przykładowa małpia komunikacja nie polega na tym, że zwierzęta posługują się skomplikowanym ludzkim językiem. Inteligentniejsze osobniki używają pojedynczych słów co jest świetnie zaprezentowane, a sama gestykulacja małp w porozumiewaniu się jest ciekawa i mówi nam dużo więcej niż niejeden dialog.

Andy Serkis jako Caesar jest fenomenalny. W ogóle wszystkie małpy w tym filmie są zaprezentowane na bardzo wysokim poziomie. Wizualnie przedstawiają się dużo lepiej od tych znanych nam z „Genezy…”. W ich efektach specjalnych olbrzymi udział ma ekipa z WETA Digital, która odwaliła kawał dobrej roboty. Ciało, postura, cechy charakterystyczne (małpy w tej części nie są bohaterami, których nie będziemy potrafili odróżnić), kolor – wszystko to zagrało.

Ludzie wypadają też w najgorszym wypadku przyzwoicie. Na pewno na pierwszy plan wysuwa się Jason Clarke wcielający się w rolę Malcolma. Gra on rolę „twardego” naukowca, który w głębi duszy skrywa swoje uczucia. Drugą postacią jaką chciałbym wyróżnić jest przywódca ocalałych Dreyfus, w którego rolę wcielił się Gary Oldman. Bohater ten nie występuje zbyt często na dużym ekranie, ale jego występy oceniłbym na plus.

Film bardzo umiejętnie korzysta z kliszy. Z jednej strony sceny klasyczne są obecne, ale nie do końca przeniesione co daje pewien element przyjemnego zaskoczenia. Przykładowo w jednej z pierwszych scen poznajemy Carvera (Kirk Acevedo), który jest jedną z tych typowych postaci, która krzyczy na innych i wymachuje przed każdym bronią. Tacy bohaterowie są głównymi antagonistami albo pierwszymi, którzy pociągają za spust w emocjach. Tutaj przedstawiono nam to rozwiązanie trochę inaczej, a sam człowiek nie jest pokazany jako bestia, która rozpoczyna konflikt. Sama motywacja każdej postaci jest tutaj bardzo dobrze zrozumiała. Jeden chce uratować swoją cywilizację poprzez wyniszczenie drugiej, inny chce pokoju bez naruszania granic, a trzeci stawia ultimatum, że jeżeli pomoc nie zostanie udzielona rozpocznie się wojna. Ta koncepcja jest bardzo wciągająca i dojrzała.

Nie obeszło się jednak bez wad. Ludzie, nie licząc wymienionych postaci powyżej, wypadają przyzwoicie, ale chciałbym oglądać dużo więcej intrygujących postaci. Samo nawiązanie do „Genezy…” w postaci Caesara, który przez przypadek trafia do swojego dawnego „ludzkiego” domu jest słabe i moim zdaniem zbędne. Trochę, jak „przypadki” w polskich komediach romantycznych… Myślę, że nie wykorzystano w pełni samego miasta po apokalipsie, które z ujęć jakie zaprezentowano w filmie wygląda bardzo dobrze. Przypomina trochę metropolię z gry „The Last of Us” i dziwne jest to, że tak ciekawy projekt został w znacznym stopniu pominięty.

Ewolucja planety małp” może i oryginału nie przebija, ale wreszcie ogląda się film z tej serii na poziomie, gdzie twój mózg nie chce opuścić pomieszczenia w trybie natychmiastowym. Polecam ten tytuł fanom „Planety małp”, jak i ludziom, którzy szukają filmu rozrywkowego na dobrym poziomie. Małpy powróciły do formy i oby tak zostało.

Epicentrum, czyli Twister 2.0

epicentrum

Filmy o tornadach mają to do siebie, że raczej nikt od nich nie wymaga żadnej głębi, bo mija się to z celem. Tutaj liczą się efekty, pokazanie ogromu tragedii oraz cierpienia. Tytułów z tym zagrożeniem w roli głównej nie ma za dużo, więc grupa odbiorców lubująca się w destrukcyjnym wietrze nie ma zbyt wielkiego wyboru. Film ten zobaczyłem całkowitym przypadkiem i niczego po nim nie oczekiwałem, więc ciężko mówić o rozczarowaniu. Prawdę mówiąc nie wiem czego można po nim oczekiwać poza tornadami, a to jakby nie patrzeć dostajemy.

Najkrócej „Epicentrum” można opisać mówiąc, odświeżony i unowocześniony „Twister”, który nigdy nie był wybitnym arcydziełem, ale skłamałbym, że miło go nie wspominam. Jak nietrudno się domyślić oba tytuły posiadają te same wady. O poziomie podobieństw niech świadczy to, że nawet słynna latająca krowa w „Epicentrum” występuje (mignie Wam przez chwilę, ale zawsze coś).

Fabularnie jest to historia każdemu bardzo dobrze znana. Grupa postaci tropiących tornada spotyka mężczyznę, który musi uratować syna. Wszyscy starają się przeżyć niecodzienne tornado jakie ich zaatakowało. Każdy chyba widział to setki razy i raczej nikogo nic tu nie zaskoczy. Od razu wiemy kto zginie, a kto przeżyje. Postacie nie zapadają w pamięć i ciężko w większości nawet wspomnieć ich imiona bez wyszukiwania w internecie. Na uznanie zasługuje Pete grany przez Matta Walsha. Jest on jedynym ciekawym bohaterem, którego nie można ocenić jednoznacznie. Wyróżniłbym też Allison, w którą rolę wcieliła się Sarah Wayne Callies, jak i Gary’ego, którego zagrał Richard Armitage. Reszta bohaterów jest po prostu nijakim tłem dla filmu katastroficznego.

Zobaczymy w tym filmie całą masę kliszy. Mamy niedocenianego syna, który stara się, jak może, aby ojcu zaimponować, drugiego syna zakochanego w idealnej dziewczynie, która do tej pory go nie zauważa, faceta przekładającego chęć filmowania tornad nad ludzi (przynajmniej do pewnego czasu), ojca, który zrobi wszystko, aby uratować syna, niedocenianą panią zajmującą się wyszukiwaniem tornad itd., itd. Reżyserem jest w końcu Steven Quale i jeżeli widzieliście tytuły jego autorstwa takie, jak „Wielki pożar” czy „Oszukać przeznaczenie 5” to wiecie o jakim zastosowaniu klisz mówię.

Nie mogło zabraknąć oczywiście akcentów amerykańskich i jeżeli Was element ten w filmach drażni to już uspokajam. W tym przypadku nie idzie się nie uśmiechnąć widząc powiewającą flagę Stanów Zjednoczonych, a zaraz po tym następną powiewającą flagę USA tyle, że postrzępioną. Sam dyrektor szkoły, który wypowiada te oczywiste zdania o tym, jak to nie ma co panikować dziwnie przypomina prezydenta USA co jest na swój sposób zabawne.

Wspomnieć należy o samych efektach specjalnych, czyli elemencie najważniejszym jeżeli mówimy o kinie katastroficznym. Budżet „Epicentrum” wynosił 50 mln dolarów i jak na taką kwotę powiedziałbym, że efekty są rewelacyjne. Robią one kapitalne wrażenie czego zwieńczeniem jest punkt kulminacyjny pod koniec całego filmu. Każdy widz może śmiało podziwiać zniszczenia jakie niesie przerażające tornado. Dla mnie jednak najlepszą sceną w całym filmie jest moment, w którym jeden z bohaterów zostaje porwany przez trąbę powietrzną i nagle widzi rozświetlone niebo. Jest w tym coś przerażającego, a jednocześnie pięknego. Żałuje, że takich scen nie ma więcej.

Pomimo, że tytuł ma więcej minusów, oglądając „Epicentrum” bawiłem się dobrze. Na film poszedłem dla efektów specjalnych i to dostałem na wysokim poziomie. Postacie nie drażnią, aż tak bardzo i miło zobaczyć Sarę Wayne Callies, która nie gra Lori z „The Walking Dead”. Ja do „Epicentrum” raczej nie wrócę i był to typowy film na jeden raz. Jeżeli lubisz „Twister”, zobacz jego lepszą wersję, czyli „Epicentrum”. Jesteś miłośnikiem kina gatunkowego z wiatrem jako zagrożeniem w roli głównej? Też rzuć okiem. Reszcie raczej odradzam.

Robin Williams, czyli 6 ról, które pozostaną w mojej pamięci

w1

Pracowałem nad zupełnie innym projektem, ale ta informacja sprawiła, że muszę na temat tego smutnego zdarzenia coś napisać. Czegokolwiek bym jednak nie zawarł w moim tekście i tak będzie to mało ważne. Dnia 11 sierpnia 2014 r. zmarł Robin Williams.

Odszedł nie tylko genialny aktor i komik, ale pewna osoba, która była częścią mojego dzieciństwa. Wielu z Was będzie Go kojarzyć z ról dramatycznych i zapewniam jest z czego, ale dla mnie pozostanie on symbolem kina familijnego, komedii z lat 90. Aktor, który mieszał humor, mądrość z bijącym wręcz od niego ciepłem, które pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Wiem, że przy okazji śmierci takiego artysty powstaje milion tekstów o jego twórczości (i tak to jeden z nich), a ludzie od razu sięgną po jego dzieła z dorobku filmowego. W moim odczuciu nie ma w tym nic złego, bo czy można oddać hołd w lepszy sposób zmarłemu twórcy, który związał swoje życie z kinem? Pozostawił po sobie olbrzymią filmografię, pełną kapitalnych pozycji, którą wręcz należy znać.

Postanowiłem podać 6 ról, za które najbardziej zapamiętam tego fenomenalnego aktora. Jak wspomniałem, częściowo jest to związane z moim dzieciństwem.

6. Profesor Philip Brainard – „Flubber”

 flubber

Film ten może i jest przeciętną komedią, która niekoniecznie przetrwała próbę czasu, ale jako dziecko dobrze się na nim bawiłem. Oto ekscentryczny, bujający w obłokach naukowiec wytworzył zielonego gluta, który odbijał się od wszystkiego. Aspekty wizualne, jak i humor pozostały mi w pamięci. Oglądałem go nieraz podziwiając wyczyny uśmiechniętego profesora.

5. Sean Maguire – „Buntownik z wyboru”

 b1

To właśnie jeden z tych filmów, który prezentuje nam zupełnie innego Robina Williamsa – zatroskanego, melancholijnego psychologa, który stara się wpłynąć na zmianę życia swojego pacjenta. Za tę rolę aktor dostał Oscara. Myślę, że jest to film, który powinien obejrzeć każdy dorastający człowiek. Kapitalne monologi Williamsa zapadają w pamięć, zmuszają do refleksji, a jednocześnie emanują ciepłem.

4. Alan Parrish – „Jumanji”

 jumanji

Ilekroć słyszę ten tytuł, uśmiech sam gości na mojej twarzy. Nie wiem czy jest ktoś komu trzeba przedstawiać ten film przygodowy, gdzie wydarzenia z gry planszowej zaczynają dziać się naprawdę. Oglądając Williamsa w tej roli zawsze miałem wrażenie, że patrzę na opiekuna, który bawi się z dziećmi, które rozpoczynają grę (co prawda normalna gra nie chce Cię zjeść i nie wciąga Cię do środka, ale co tam). Polecam!

3. Daniel Hillard / Pani Euphegenia Doubtfire – „Pani Doubtfire”

 doub

Nie jestem przekonany, ale to chyba w ogóle moje pierwsze zetknięcie się z Robinem Williamsem. To z pewnością pierwszy raz, kiedy zetknąłem się z konceptem faceta udającego kobietę w filmach. Kochający ojciec zatrudnia się u swojej byłej żony jako gosposia, aby być bliżej swoich dzieci. Film ten był nieprzewidywalny, śmieszny, a jednocześnie roztaczał niewyobrażalne ciepło. Sam nie wiem już ile razy tytuł z tą fantastyczną pomocą domową widziałem, ale z pewnością liczba ta jest dużo większa od dziesięciu.

2. John Keating – „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”

 w2

Kolejna rola Robina Williamsa, której głupio nie kojarzyć. Charyzmatyczny nauczyciel angielskiego, który zachęca uczniów do samorealizacji, szukania własnej drogi w swoim życiu, myślenia to wręcz mistrzowska klasyka gatunku.

1. Piotruś Pan – „Hook”

 Hook_07

Jednak najbardziej zapamiętana zostanie przeze mnie rola Piotrusia Pana, w którego Robin Williams się wcielił. Zawsze miałem wrażenie, że to bardziej zabawa na dużym ekranie. Pełen humoru, ciepły, z bohaterem, który jest dużym dzieckiem podświadomie ciągle marzącym i uczestniczącym w przygodzie. Dodatkowo przesłanie, że każdy po części pozostaje w głębi duszy dzieckiem jest bardzo prawdziwe. Uśmiech bohatera zawsze podnosił mnie na duchu. Szkoda że aktorowi zabrakło go w życiu prywatnym. Te wszystkie cechy jakie artysta zaprezentował w tym filmie sprawiają, że tak właśnie chcę Go pamiętać.

Guardians of the Galaxy to kapitalny film!

guardians3

Po bardzo długiej przerwie w pisaniu na temat filmów stwierdziłem, że czas do tego wspaniałego zajęcia wrócić. Na „Guardians of the Galaxy” czekałem, jak na żaden film w tym roku. Nie chodziło o to, że komiksy Strażników znałem, bo nie miałem o nich zielonego pojęcia. Czasem ma się po prostu przeczucie, że film będzie świetny. Muszę przyznać, że się nie zawiodłem, bo „Guardians of the Galaxy” to w mojej opinii nie tylko najlepszy film Marvela, ale jeden z lepszych blockbusterów jakie ostatnio widziałem.

Historia zaczyna się, kiedy główny bohater Peter Quill grany przez Chrisa Pratta jako mały chłopiec zostaje porwany z Ziemi przez kosmitów. Niedługo potem śledzimy jego losy w kosmosie, kiedy dorósł i został złodziejem przyjmując pseudonim Star – Lorda. Wkrótce poznaje on innych „bohaterów” i tworzy z nimi drużynę wyrzutków społecznych przemierzającą kosmos. Sam koncept stworzenia postaci w dziele Marvela, które nie są już na starcie typowymi herosami, a raczej bandą odmieńców absolutnie zadziałał.

guardians1Poza Star – Lordem do ekipy dołączają Gamora (Zoe Saldan) jako wyszkolona zabójczyni, Drax (Dave Bautista) o pseudonimie niszczyciel, który szuka zemsty za śmierć córki i żony, Rocket (Bradley Cooper) sarkastyczny, zmodyfikowany szop lubujący się w broni palnej oraz Groot (Vin Diesel), czyli chodzące drzewo ograniczające swoją wypowiedź do słów „Jestem Groot”. Wszystko jednak zależy od tego, jak reżyser, czyli James Gunn sprzeda nam taki koncept bohaterów, a robi to w sposób bardzo satysfakcjonujący. Nie ma w tym zespole ani jednej postaci, która nie zapada w pamięć. Są one przezabawne, mają swoje mocne i słabe strony, wyróżniają się pomiędzy sobą, a jednocześnie każda z nich jest przydatna w grupie.

Ich odbiór to też kwestia bardzo dobrej gry aktorskiej. Chris Pratt sprawia wrażenie jakby się bawił wcielając się w rolę Star – Lorda. Obserwując Star – Lorda i Groota miałem wrażenie, że oglądam Hana Solo i Chewbaccę, a biorąc pod uwagę, jak olbrzymim jestem fanem Star Warsów to wielki komplement. Teksty Rocketa i jego cynizm z kolei przypominały mi charakter Wrexa z „Mass Effecta”. Są oni po prostu świetni w każdej możliwej scenie, a mimika wszystkich postaci w filmie zasługuje na podziw. Ta drużyna jest kwintesencją dobrej zabawy i celowo użyłem słowa „zabawa”, bo to będziecie odczuwać oglądając ich przygody.

guardians2Jeżeli chodzi o głównego oponenta to Ronan (Lee Pace) jest bardziej dodatkiem spajającym fabułę niż jakąś postacią zapadającą w pamięć. Teoretycznie jest on groźny, ale to bardziej tło dla przygód grupy bohaterów. Zupełnie inne zdanie mam odnośnie Yondu (Michael Rooker), który jest przywódcą gwiezdnych piratów. Jest to rola drugoplanowa, ale tak charakterystyczna, że jej nie zapomnicie. Ponadto jest coś rozbrajającego w uśmiechu Rookera, który też sprawia wrażenie, że bawi się postacią, którą odgrywa.

guardians4Dużą rolę poza humorem odgrywa w filmie, także muzyka, która nie tylko jest częścią fabuły, ale też komentuje zdarzenia jakie mają miejsce. Ponadto odsyła odbiorcę do epoki, w której została utworzona wrażliwość Jamesa Gunna. Odczuwałem pewną nostalgię reżysera za dawną epoką, w której nie wszystko było robione komputerowo. Sam James Gunn w swoim filmie miesza CGI z zastosowaniem praktycznych efektów specjalnych, a skutki tego są po prostu świetne.

Od strony technicznej i wizualnej ten film to prawdziwa perła. Ogrom światów i kosmosu łączy się jednocześnie z dbałością o szczegóły, co jest szczególnie widoczne przy strojach postaci. Sprawia to, że na „Guardians of the Galaxy” będziecie zbierać szczękę z podłogi. Animacja Rocketa, jak i Groota jest wręcz niewyobrażalnie dobrze zrobiona.

guardians5Oglądając „Guardians of the Galaxy” zwracajcie uwagę na drugi plan i detale, bo znajdziecie masę odniesień do komiksów i Marvela, ale jednocześnie do postaci ważnych dla samego reżysera. Przykładowo w jednym z ujęć pojawia się sam Stan Lee.

Czy „Guardians of the Galaxy” zasługuje na polecenie? Prawdę powiedziawszy ciężko mi odszukać grupę, której ten film bym odradzał. To kawał dobrego kina rozrywkowego łączący dużą dawkę humoru, wyśmiewanie patosu, dramaturgię i akcję. Wybaczcie „Avengers”, wybacz Kapitanie Ameryko, ale od teraz to „Guardians of the Galaxy” są najlepszym filmem Marvela reprezentując wszystko co ma najlepsze do zaoferowania ta właśnie marka.

 

Recenzja filmu Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz

kapitan

Druga fala filmów Marvela prezentuje się póki co znakomicie oferując odbiorcy rozrywkowe kino, jak i rozwija coraz bardziej filmowe uniwersum Marvela. Jednocześnie są to filmy oferujące historie zupełnie innego typu co z kolei wpływa na to, że można zaobserwować wyraźne różnice pomiędzy komiksowymi, głównymi postaciami. Ich sposób podchodzenia do problemów, relacje z innymi bohaterami, atuty każdej z postaci itd. Po Iron Manie i Thorze przyszła pora na Kapitana Amerykę. Czy „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” wypada, chociaż trochę dobrze na tle innych produkcji? Wypada świetnie!

Przyznam szczerze, że byłem pełen obaw odnośnie tego filmu. Do tej pory Kapitan Ameryka na wielkim ekranie był niewystarczająco wyeksponowany jako superbohater na tle innych postaci Marvela. W tym filmie możemy wreszcie obejrzeć prawdziwego herosa, który staje przeciwko złu. Jeden z moich ulubionych bohaterów Marvela wreszcie jest praktycznie ciągle w centrum zdarzeń i czujemy, że jest to jego historia. Dodatkowo przy kapitalnych scenach akcji Steve Rogers zachowuje kręgosłup moralny, który jest jego kluczową cechą definiującą go jako bohatera. Za to scenarzystom należy się olbrzymi plus.

Celowo opis fabuły skrócę do minimum, bo jest ona udana. Nie dostaniemy takich zwrotów akcji, jak Mandaryn z „Iron Mana 3”, a raczej każdy będzie wiedział bardzo szybko kim jest czarny charakter, ale nie ma się do czego przyczepić biorąc pod uwagę, że jest to kino rozrywkowe. Przy tym widz nadal zastanawia się, zaintrygowany, jak ta opowieść potoczy się dalej. Kapitan Ameryka dostrzega niezrozumiałe działania instytucji S. H. I. E. L. D. Na horyzoncie pojawia się niedługo potem legendarny zabójca zwany Zimowym Żołnierzem. Film luźno bazuje na komiksowej historii zimowego żołnierza czerpiąc jedynie z niej niektóre główne wątki. Właściwie w szoku byłem, jak dużo twórcy filmu dodali pomysłów, tworząc tym samym zupełnie inną opowieść. Czy jest to złe? Wszystko zależy od tego czego oczekujecie. Dla mnie odpowiedź na to pytanie brzmi absolutnie nie, jeżeli film robi to dobrze, jak w tym przypadku. Sama ekspozycja postaci dla nowych widzów jest umiejętnie wpleciona w opowieść przy okazji rozterek Kapitana czy pasuje on do tego świata i nie nuży odbiorców znających uniwersum Marvela. Podoba mi się to, że sama S. H. I. E. L. D. nie jest pokazana jednowymiarowo, jak do tej pory jako tylko dobrzy ludzie czuwający nad pokojem. Jedna z bardziej kontrowersyjnych organizacji znanych z komiksów wreszcie zaczyna budzić wątpliwości co do swoich planów i działań.

Jednocześnie elementami napędzającymi historię kapitana są tak naprawdę inne postacie. W tym filmie mamy pokazane wyraziste postacie drugoplanowe. Cieszy mnie fakt, że wreszcie przedstawiono Nicka Fury’ego granego przez Samuela L. Jacksona jako nie dowódcę, ale aktywnego uczestnika wydarzeń, który w pewnym momencie podlega Kapitanowi. Osoby nie znające komiksów wreszcie mogą zrozumieć to, że Fury nie jest tylko przywódcą, ale też wyszkolonym żołnierzem. Chcę żeby coraz to bardziej rozbudowano jedną z ciekawszych postaci Marvela. Agentka Romanoff, czyli Czarna Wdowa grana przez Scarlett Johansson też pełni bardzo ważną funkcję w tym filmie będąc kluczową postacią, ale jednocześnie nie zasłaniającą Steve’a Rogersa. Trochę gorzej wypada Falcon na tle innych drugoplanowych postaci. Nie zrozumcie mnie źle, Anthony Mackie dobrze go zagrał tylko, że zdaje się być wrzucony troszeczkę na siłę, bo nie sposób na nim skupić uwagi. Na szczególną uwagę zasługuje Alexander Pierce grany przez Roberta Redforda, bo to przykład co znaczy obsadzić dobrego aktora w roli. Praktycznie gra tylko twarzą i jest kapitalny.

Na koniec wspomnę o tytułowym zimowym żołnierzu granym przez Sebastiana Stana. Wiele osób uważa go za zbędnego w tym filmie, jednak nie jestem w stanie się z tą opinią zgodzić. To elitarny zabójca wykorzystywany do niewygodnych spraw, a jego skuteczność można ocenić przy okazji punktu kulminacyjnego w filmie. Tak, jak w komiksie nie jest zbyt rozmowny i to też jest uzasadnione. Mówimy tu o postaci, której urządzane jest regularne pranie mózgu. Jednocześnie postać ta mocno wpływa na Kapitana Amerykę co widać w ostatniej scenie. Na pewno Zimowy Żołnierz nie jest najjaśniejszym punktem filmu i mógł być lepiej rozbudowany, ale nie można powiedzieć, że jest zbędny.

Podsumowując film „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz” jest absolutnie godny polecenia jeżeli oczekujecie dobrej rozrywki. Zdarzenia przedstawione w nim zapowiadają wielkie zmiany w filmowym świecie Marvela i jestem ciekaw kolejnych produkcji. Cieszy mnie, że Kapitan Ameryka, który był traktowany jako relikt przeszłości wreszcie staje się pełnoprawnym herosem mogącym spokojnie rywalizować z Iron Manem czy Thorem.

13 postaci wywołujących największy niepokój

Strach czy też obawa przed czymś to indywidualna sprawa każdego człowieka. Jedni obawiają się nieznanego, drudzy czegoś odrealnionego, a inni czują największy lęk przed czymś co może być prawdziwe. To właśnie kino często oferuje nam takie odczucia. Postanowiłem stworzyć ranking postaci w historii kina, które wywołały u mnie największą obawę. Słowem kluczem jakie zdefiniowało taką, a nie inną pozycję danej postaci jest niepokój. Bardzo często filmy, z których pochodzi postać nie są typowymi horrorami. Na stworzenie sylwetki budzącej grozę i niepokój ma wpływ dobry montaż, scenariusz, aktorstwo, oświetlenie itd. Będzie to czysto subiektywna lista, ale w mojej opinii każdy film z jakiego pochodzi omawiana postać wypada znać, bo są to absolutni, czołowi reprezentanci swojego gatunku. Lista ta będzie zawierała pewną ilość spoilerów, którą starałem się ograniczyć do minimum, ale czujcie się ostrzeżeni. Pamiętajcie też, że moje zestawienie jest bardzo umowne zwłaszcza w kontekście pierwszej siódemki. Zapraszam do zapoznania się z moim rankingiem.

13. Paul i Peter z „Funny Games”

Muszę przyznać, że nie jestem sympatykiem tego filmu. Mimo wszystko postacie Paula i Petera zawsze wydawały mi się w nim straszne. Dwójka robiących wrażenie idealnych młodych ludzi odwiedza zwykłą rodzinę. Wpierw są uprzejmi i mili, a potem zamieniają się w psychopatów, którym stwarza radość cudze cierpienie. Niepokojące jest to, że dwójka młodych ludzi bez żadnego powodu przychodzi do normalnej rodziny i sadystycznie się nad nimi znęca nazywając to grą. Nie robią tego pierwszy raz i nigdy nie chciałbyś, aby to Ciebie odwiedzili.

12. Joker z „Mrocznego Rycerza”

Myślę, że dużo osób było zaskoczonych tym, jak Joker zagrany przez Heatha Ledgera potrafi wytworzyć napięcie u odbiorcy. Jest on urealniony na tyle, że spokojnie mógłby istnieć w prawdziwym świecie. Filmowy Joker to uosobienie anarchii i chaosu. Nic o nim nie wiemy, a on sam poprzez swoją ekspresję zachowuje się, jak w transie. Jego ruch, jak i dźwięk głosu tylko potęgują przerażenie. Jest niczym demon, którego działania bazują na najgorszych instynktach ludzkiej natury. Na każdym kroku podkreśla brak planu, a jednocześnie zdaje się być częścią czegoś większego co daje mu pewność, że nie powinien zostać zabity. Z każdą minutą, kiedy Heath Ledger jest na ekranie odczuwamy niepokój przemieszany z fascynacją. Chyba nie ma osoby, która pozostałaby obojętna na scenę, kiedy to Joker morduje fałszywego Batmana. Ten clown nie sprawi, że będziesz głośno się śmiać.

11. Samara z „The Ring”

O ile dziewczynka z „Klątwy” nigdy nie robiła na mnie większego wrażenia to Samara z „The Ring” przeraża. Dla wielu to najstraszniejsza postać w horrorach. Praktycznie cały film to budowanie napięcia i klimatu pod finał. Kiedy Samara wychodzi z telewizora wręcz błagacie, aby do niego wróciła. Gdy porusza się z opuszczoną głową w kierunku głównej bohaterki zapewniam, że każdy odczuje niepokój i grozę sytuacji.

10. Jack Torrance z „Lśnienia”

Zobrazowane szaleństwo Jacka Nicholsona w tym filmie to czysty strach. Jest to popis kunsztu aktora. Jack Torrance zostaje przeniesiony wraz z rodziną do hotelu Overlook, w którym pod wpływem duchów z przeszłości traci zmysły. Staje się on zagrożeniem dla swojej rodziny. Samo spojrzenie, jak i zmienne nastroje Jacka wręcz nakazują widzowi odczuwać niepokój. Szaleństwo rozwija się, aby uderzyć z całym impetem w punkcie kulminacyjnym, bez żadnej taryfy ulgowej.

9. John Ryder w „Autostopowiczu” z 1986 r.

Ryder to morderca, który pewnego dnia zostaje podwieziony przez młodego chłopaka Jima. Szybko się okazuje, że chce zabić Jima bez wyraźnego powodu. Ten ucieka i tak rozpoczyna się pojedynek. Rutger Hauer wcielający się w rolę Rydera powołuje do życia kapitalną postać, która od początku do końca budzi lęk. Nic o przeszłości Johna nie wiemy poza tym, że jest zawzięty i za wszelką cenę chce dopaść swoją ofiarę. Niepokojące jest to, jak wielką sprawia Ryderowi radość oglądanie kłopotów w jakich jest Jim i to, że obwiniają bohatera o zbrodnie Rydera. Ryder wręcz oczekuje od Jima tego, aby ten go zabił. Wzbudza w nim coraz większą nienawiść dręcząc go i sprawiając mu olbrzymi ból zabijając kolejne osoby w jego otoczeniu. Po tym filmie będziecie brać uważniej autostopowiczów do samochodu.

8. Annie Wilkes z „Misery”

Wyobraźcie sobie sytuację, w której pisarz, który ulega wypadkowi zostaje uratowany przez swojego fana, który ma obsesję na punkcie twórcy. Wspomnianą fanką jest właśnie Annie Wilkes. Kiedy dowiaduje się, że ulubiona postać z cyklu książek pisarza zostaje uśmiercona dostaje szału. Przetrzymuje autora sprawiając mu ból fizyczny. Prawdziwy strach powoduje tutaj rozchwianie emocjonalne, jakie towarzyszy Annie Wilkes. W jednej chwili jest potulna i miła, a w następnej zaczyna krzyczeć, staje się agresywna, a wreszcie posuwa się do połamania nóg bohaterowi, aby ten mógł tylko zostać i pisać. Byle drobnostka powoduje u niej wściekłość. Kathy Bates wcielająca się w rolę Annie to coś czego szybko nie zapomnicie. Jest to chyba największa zmora każdej sławnej osoby, która kiedyś może trafić na takiego fana i nigdy więcej tym samym nie ujrzeć światła dziennego.

7. Jigsaw z „Piły” od 1 części do 3

Podstarzały, schorowany człowiek, który stracił dziecko decyduje się karać ludzi za ich złe uczynki. Chcę on nauczyć ich, aby doceniali życie. Nigdy nie był dla mnie straszny sposób śmierci większości ofiar, a to, że Jigsaw praktycznie zawsze ma wszystko poukładane. Pozorne zwycięstwa uczestników gier to też część jego rozgrywki. Nawet na łożu śmierci testuje ludzi. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to jeden z najbardziej inteligentnych antagonistów w historii kina. Co więcej, w swojej filozofii znajduje naśladowców, którzy mu pomagają, a po jego śmierci zastępują go, a to jest przerażające. Celowo umieściłem tutaj 3 pierwsze części, bo w 4 praktycznie go nie widzimy, ale i tą część polecam. Co do innych odsłon po 4 to powiedzmy, że seria staje się niebywale słaba, coraz bardziej naciągana oferując jedyny pozytywny element jakim jest detektyw Hoffman.

6. Damien z „Omena II”

Damien jest dla mnie najstraszniejszym dzieckiem, jakie zobaczyłem kiedykolwiek w filmie. Z jednej strony widz wie, że to diabeł w czystej postaci, od którego czuć bijący mrok. Widzimy to w mimice, w tym, jak się porusza czy zachowuje. Kontrast dziecka z tym do czego Damien jest zdolny powoduje prawdziwe przerażenie.

5. Norman Bates z „Psychozy” z 1960 r.

Myślę, że nikomu nie trzeba przedstawiać wspomnianej postaci. Absolutna ikona horroru, jak i budzenia niepokoju u widza. Wystarczy wspomnieć, że wiele postaci późniejszych, starających się wzbudzić strach wzorowanych jest na „Psychozie”. To jedna z tych postaci, którą ciężko zakwalifikować przez większość filmu, jeżeli posługujemy się podziałem na dobrych czy złych. Zawsze, kiedy pojawia się na ekranie odczuwasz niepokój. Nic o nim nie wiemy poza tym, że ma obsesję na punkcie matki. Mimika Anthony’ego Perkinsa to wręcz wzorzec, jak należy oddziaływać twarzą na emocje widza.

4. HAL 9000 z „2001: Odyseja kosmiczna”

Jedną z najbardziej niepokojących rzeczy jest czysta logika niepodparta żadnymi emocjami. Komputer pokładowy HAL na statku kosmicznym jest na tyle niepokojący, że jeżeli obejrzycie „2010: Odyseję kosmiczną” nadal będziecie nerwowo spoglądać na tą maszynę, kiedy tylko ją usłyszycie. Świadomość, ze HAL jest dziełem człowieka jest straszna i stwarza pytanie: Czy dążymy w kierunku samozagłady? Najważniejsze jest wypełnienie misji i nieważne ile osób przy tym zginie. Każde zdanie mówi tym samym tonem i zaskakująco dużo wie o naturze ludzkiej. Skuteczność za wszelką cenę.

3. Hanibal Lecter w „Czerwonym Smoku” i „Milczeniu Owiec”

To właśnie w tych dwóch filmach doktor Lecter budzi u mnie największy niepokój. „Czerwony Smok” i „Milczenie Owiec” to trochę inne zobrazowanie postaci lubującej się w jedzeniu ludzi. W „Milczeniu Owiec” jest to osoba zdecydowanie bardziej agresywna, krwiożercza, natomiast „Czerwony Smok” przedstawia go jako postać wyważoną, a przy tym to nadal piekielnie inteligentny seryjny morderca. Przyznam szczerze, że w „Czerwonym Smoku” przeraża on jeszcze bardziej. W „Milczeniu Owiec” od pewnego momentu wiemy, że Hanibal Lecter nic nie zrobi agentce Starling, natomiast w „Czerwonym Smoku” wyraźnie widzimy, jak bardzo doktor nienawidzi agenta FBI Willa Grahama. Ewidentnie chce go dopaść i skonsumować. Stara się go skrzywdzić będąc uwięzionym w celi. „Czerwony Smok” to też większa walka umysłów pomiędzy bohaterem, a łotrem co tylko potęguje napięcie.

2. Regan z „Egzorcysty” z 1973 r.

Najlepszy film o opętaniu, z którego każdy następny o tej tematyce czerpie garściami, to chyba najlepsza charakterystyka tego klasyka. Postać Regan do dziś dla wielu jest jedną z najstraszniejszych. Jednym z powodów jest to, że poznajemy Regan jako normalne dziecko, które z czasem pod wpływem opętania zmienia się w osobę nie z tego świata. Poprzez porównanie odczuwamy wielki niepokój, który potęguje przerażający głos Regan podkładany przez Mercedes McCambridge. Prawdę powiedziawszy ciężko stwierdzić czy Regan nawet kogoś zabija, ale tym bardziej potęguje to grozę. Dzięki odpowiednim zdjęciom, oświetleniu czujemy, że jesteśmy w pokoju Regan.

1. Anton z „To nie jest kraj dla starych ludzi”

Ten zawodowy morderca jest strażnikiem starych zasad jakie istniały na świecie. Wręcz czujemy, że musi on zabijać ludzi w imię starego porządku moralnego. Nie odczuwa z tego powodu przyjemności. Jednak każda napotkana przez niego osoba staje się jego ofiarą. Ilekroć widzimy go na ekranie wywołuje on nieprzyjemne skojarzenia. Każde jego słowo jest tajemnicze i mroczne. Z drugiej strony Anton nie zastanawia się nad tym co robi. Dla niego śmierć innej osoby z jego ręki to po prostu normalna kolej rzeczy. Wszystko co robisz ma znaczenie, ale jednocześnie jest niczym – taki sposób myślenia zabójcy mocno przeraża. Anton to nieznajomy, którego nigdy nie chcesz nawet zobaczyć.

Recenzja filmu RoboCop, czyli spore zaskoczenie

Nie jestem specjalnym entuzjastą postaci RoboCopa. Do samych klasyków filmowych o tej postaci z 1987 i 1990 roku, przez wielu uważanych za kultowe, nie jestem w jakiś specjalny sposób przywiązany. Zawsze wolałem inne wizerunki herosów wytworzone w ciągu XX wieku przez co do RoboCopa miałem stosunek obojętny. Piszę to wszystko, bo sądzę, że jestem winien Wam pewną szczerość i chcę, żebyście zrozumieli, że patrzę na ten film z punktu widzenia typowego widza, a nie fana postaci. Idąc do kina spodziewałem się przeciętnej produkcji, a obejrzałem dobry thriller z elementami sci – fi.

RoboCop to historia Aleksa Murphy’ego (w tej roli Joel Kinnaman), który okaleczony wraca do czynnej służby policyjnej jako człowiek – maszyna. Dzieje się to w ramach projektu, który ma zachęcić ludzi do przyzwolenia na swobodne wypuszczenie robotów na terenie USA. Maszyny te miałyby chronić ludność na obszarze kraju. Twórcą organizacji, która wdraża ten pomysł w życie jest Raymond Sellars grany przez Michaela Keatona. Roboty są powszechne w świecie wykreowanym przez film. Zostają wysyłane do różnych zakątków świata, aby pomóc wojsku, ale także po to by wspierać policjantów, którym podlegają. Fabuła mocno odbiega od oryginału jaki stworzył Paul Verhoeven, ale remake jest zrobiony w naprawdę świetny sposób. Muszę przyznać, że idea powołania do życia RoboCopa jest sensownie przedstawiona. Należy dać społeczeństwu symbol, który sprawi, że przekonają się do idei robotów na ulicach, a senat zniesie ustawę zakazującą powszechności maszyn na terenie kraju. Do mnie ta argumentacja przemawia.

W ogóle największą zaletą tego filmu jest spójność historii, jak i motywacja postaci uzasadniająca podejmowane działania. Jesteśmy skłonni uwierzyć w czyny bohaterów, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych, bo jest to dobrze wyjaśnione. Z początku nie wiemy, jak ocenić większość postaci z punktu widzenia moralnego. Powoduje to niemożność określenia wyrazistego antagonisty. Sytuacja ta w moim przekonaniu nie przeszkadza w odbiorze całości.

Zaskoczyło mnie to, jak RoboCop został „uczłowieczony”. Przez dużą część filmu jest on bez hełmu, a jego proces tworzenia czy funkcjonowania w „nowym ciele” to jest coś czego stanowczo nie można nazwać dobrą zabawą. Widzimy tu prawdziwy tragizm postaci, która nie może się odnaleźć w niechcianej zbroi robota, gdzie cząstka ludzka – jego samego, to mikroelement w odniesieniu do zautomatyzowanej budowli, jaką stał się Aleks. Kiedy robot zostaje rozłożony na części pokazano odbiorcy wprost ile człowieka jest w Aleksie. Pomimo, że nie jestem fanem tej sceny, bo od razu zadajemy sobie pytanie: „jak to niby ma funkcjonować?”, za pierwszym razem wywołało to u mnie poczucie lęku i niepokoju. Same jego relacje z dzieckiem czy żoną graną przez Abbie Cornish nie wypadają jak tani melodramat, a są realne i przejmujące, jeżeli uświadomimy sobie czym RoboCop jest. To jest prawdziwy mroczny dramat jaki prezentuje najnowszy „RoboCop”.

RoboCop” jest to też satyra na media niezależne, które robią bardzo często materiały pod tezę, chcąc ją na siłę udowodnić od pierwszej minuty. To też prześmiewczy ton w kierunku tego, jak marketing kreuje podobno samodzielne ludzkie decyzje. Widzimy to na przykładzie Samuela L. Jacksona, który gra konserwatywnego showmana czy też Jaya Baruchel, który wciela się w rolę marketingowca.

Sami aktorzy nie prezentują się źle i poza nielicznymi przypadkami nie ma im czego zarzucić. Na uznanie zasługują Gary Oldman w roli naukowca, wspomniany Samuel L. Jackson czy też Joel Kinnaman.

Najsłabiej w samym RoboCopie prezentują się sceny akcji. Walki z robotami są nieciekawe, a starcia z ludźmi poza samym treningiem RoboCopa po pewnym czasie stają się przewidywalne. Rozumiem osoby, którym „RoboCop” nie spodobał się z tego powodu. Nie jest to jakieś złe kino akcji, ale w zestawieniu z tym czego widz mógł w tym zakresie oczekiwać, trochę rozczarowuje. Pojedynki człowieka – maszyny są tu, jednak tylko tłem dla historii.

Remake Jose Padilha wypada zadziwiająco dobrze pod wieloma względami. Osobom mocno przywiązanym do oryginału czy też pragnącym ciągłej akcji może się nie spodobać. Jest to historia walki o człowieczeństwo w ciele maszyny. Tym samym RoboCop to postać, którą nigdy nikt nie chciałby stać się. Ja na filmie „RoboCop” dobrze się bawiłem i szczerze go polecam.

Wilk z Wall Street, czyli fenomen, którego nie rozumiem

No to czas przetestować ludzką tolerancję, bo jak nietrudno się domyślić nie jestem fanem dzieła Martina Scorsese. Film wzbudził olbrzymi entuzjazm na świecie, zachwycił krytyków i wszystko wskazuje, że zgarnie niejednego Oscara. Zasiadając do seansu byłem naprawdę pozytywnie nastawiony do odbioru „Wilka z Wall Street”. Mój entuzjazm z minuty na minutę był stopniowo gaszony podczas trwania filmu, na którym wybudzałem się na pojedyncze sceny.

Od razu zaznaczę, że historii prawdziwej, na której film jest wzorowany nie znałem szczegółowo i jakoś po tym seansie nie zostałem zachęcony, aby ją dokładniej poznać. Podobno została ona dobrze oddana. „Wilk z Wall Street” opowiada o życiu Jordana Belforta i o tym, jak z nędzarza staje się bogaczem oszukując naiwnych ludzi. Sama przemiana, pomimo że ekstremalnie przyspieszona, jest nawet w udany sposób przedstawiona. Bohater to jedna z tych postaci, w której ciężko doszukać się jakiejkolwiek pozytywnej cechy. Widz szczerze go nienawidzi od początku i nie mam pojęcia dlaczego mielibyśmy mu kibicować czy współczuć, co jest ciekawe biorąc pod uwagę fakt, że biografie nawet najgorszych postaci przedstawiają jakieś ich pozytywne cechy. Belfort wydaje przy tym swój majątek na lewo i prawo na prostytutki, narkotyki, alkohole, wielkie, pompatyczne libacje i coraz to nowsze rzeczy, jak domy, samochody, jacht. Nie chcę napisać więcej, bo boje się, że przedstawię całą fabułę. Niestety, ale „Wilka z Wall Street” da się opowiedzieć drugiej osobie dosłownie w kilku zdaniach co biorąc pod uwagę, że film trwa trzy godziny jest piekielnym strzałem w stopę.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli dużo mi można zarzucić, ale nie jakieś mocno konserwatywne podejście towarzyszące babciom w beretach. Cenię filmy, które nie są ugrzecznione. Jeżeli cokolwiek zaczyna się dziać w „Wilku z Wall Street” od razu mamy wstawkę z kolejnej zakrapianej trunkami imprezy z miliardem nagich kobiet i wspaniałymi znajomymi bohatera, którzy jak i on są skończonymi draniami. To prostu jest tak nużące i głupie jeżeli widzimy to ponad 90 minut czekając, aż coś więcej zacznie się dziać. W którymś momencie miałem ochotę krzyczeć „Tak, zrozumieliśmy! Jordan Belfort to największa łajza i menda społeczna jaka żyje, idźcie dalej!”.Nawet jeśli było tak naprawdę to za nic nie rozumiem z jakiego powodu nie można było tego skrócić w filmie, który ma być zamkniętą całością z pewnym tempem. Do tego fabuła w nim jest tak mocno przewidywalna, że praktycznie od prawie początku podejrzewamy, jak to się skończy.

Przesłania jakie niesie „Wilk z Wall Street” też odkrywcze nie są. Ludzie na widok coraz większych pieniędzy tracą głowę. Życie na Wall Street jest bezwzględne i okrutne. Chciwość jest zła, wyniszcza człowieka i prowadzi go do zrujnowania. Zawsze będą ludzie na wyższych szczeblach, którzy będą manipulować naiwnymi i zarabiać na nich bez skrupułów, nawet po to, aby realizować swój „amerykański sen”. Zawsze znajdą się naśladowcy takiego postępowania, a sama postać nie musi skończyć źle, czyli w więzieniu, samotnie umierając. Wszystko to jest chyba raczej wiadome dla kogoś z ilorazem inteligencji większym od kamienia. Nie rozumiem czym tu się zachwycać, tym bardziej jeżeli widzimy to w każdym filmie o osobie, która dorobiła się sporego majątku. Obecnie trudniej byłoby znaleźć film, gdzie zostaje przedstawiony szary człowiek zdobywający fortunę, a przy tym jego postać nie wzbudza odrazy. Nie czepiałbym się tego, aż tak bardzo, gdyby film ten był typową rozrywką czy miał coś innego do zaoferowania, ale ewidentnie tak nie jest.

Leonardo DiCaprio, który wciela się w rolę Jordana Belforta wypada dobrze, tyle że nikt nie przekona mnie do tego, że jest to jego najlepsza rola i mówię to z punktu widzenia fana tego aktora. Nie wiem czy to kwestia, że film tak mocno mnie zmęczył, czy po prostu tego, że uwielbiam jego postacie w takich produkcjach, jak „Infiltracja” czy „Django”, w których wypada o niebo lepiej. Bardzo dobrze prezentują się Rob Reiner jako ojciec Jordana czy też Matthew McConaughey jako pierwszy wspólnik Belforda. Żałuje, że jest ich tak mało w tym filmie. Jeżeli chodzi o Jonah Hilla, który gra Donnie’ego Azoffa, czyli przyjaciela bohatera, to już inna kwestia. Pomimo kilku śmiesznych sytuacji z jego udziałem to przez większość „Wilka z Wall Street” potwornie irytuje widza i cudownie wtapia się w przeciętność całej reszty postaci, które cały czas grają to samo i niczego się nie uczą.

Humor w tym filmie pozostawia wiele do życzenia. Przez większość filmu czułem się zażenowany, ale przyznam otwarcie, że są momenty, w których można się uśmiechnąć. Tutaj służy za przykład praktycznie każda scena z Rob’em Reiner’em. Niestety dobrych żartów jest bardzo mało.

Jak zaznaczyłem w tytule, nie rozumiem fenomenu „Wilka z Wall Street”. Film naprawdę zyskałby gdyby wyciąć połowę scen libacji alkoholowych, które są zbędne. Produkcja byłaby bardziej znośna w odbiorze i nie nużyła widza. Wybaczcie trochę emocjonalny charakter tej recenzji, ale naprawdę irytuje mnie fakt, że kolejny przeciętny film prawdopodobnie dostanie Oscara. Ja „Wilka z Wall Street” nie polecam.

Recenzja filmu Hobbit: Pustkowie Smauga

Peter Jackson podjął się sporego wyzwania, kiedy zdecydował się zrobić film na bazie książki Tolkiena. W końcu historia „Hobbita” odbiega dosyć znacząco mrocznym klimatem od trylogii „Władcy Pierścieni”. Obie trylogie łączy jedna podstawowa cecha: są to filmy emanujące zewem przygody i typowymi elementami klasycznej fantastyki.

Jeżeli porzucimy „uraz” dotyczący tego, że ekranizacja Hobbita, która została podzielona na trzy części to takie podstępne wyłudzenie pieniędzy od widzów, wielu z Was na drugiej części trylogii Petera Jacksona będzie się naprawdę dobrze bawić. Sam byłem pełen obaw po obejrzeniu „Hobbita: Niezwykłej Podróży”, jak podział niewielkiej książki na trzy obszerne filmy wpłynie na całość. Bulwersowałem się również przy każdym bezsensownie dodanym wątku, którego nie było w dziele Tolkiena, bo wydawał mi się naprawdę zbędny. „Hobbit: Pustkowie Smauga”, co było do przewidzenia, coraz śmielej odbiega od książki i o dziwo robi to naprawdę dobrze. Wszystko zdaje się mieć swój ciąg logiczny i opowiadać wielowątkową przygodę Bilbo Bagginsa, która nie nudzi widza. W rolę dzielnego hobbita ponownie wciela się kapitalny Martin Freeman bez którego trudno wyobrazić sobie ten film.

Fabuła, jak na kontynuację przystało zaczyna się w momencie końca pierwszej części. Drużyna krasnoludów zmierza do wnętrza góry, aby stanąć do walki ze smokiem. Droga ta jest niebezpieczna i nieraz wystawi gromadę na próbę oraz ryzyko utraty życia.

W odróżnieniu od poprzedniej części dialogi, jak i elementy akcji są bardzo dobrze zrównoważone przez co nie można narzekać, że czegoś jest tu za dużo lub za mało. W porównaniu z poprzednim filmem, w którym praktycznie z każdego kłopotu drużynę ratował Gandalf, tutaj grupa musi liczyć bardziej na siebie.

Film od strony technicznej robi spore wrażenie. Ucieczka grupy krasnoludów w beczkach czy też krajobrazy jakie zaprezentowano cieszą oko i pokazują ile pracy włożyła ekipa od efektów specjalnych. Jednak wszystko to schodzi na boczny tor po zaprezentowaniu smoka. Jest to jeden z najlepiej stworzonych smoków w historii kina. Samo wykonanie graficzne, jak i animacja naprawdę zachwycają.

Osobiście jestem zwolennikiem przedstawienia Hobbita w 48 klatkach. Poprzez stylistykę zmienioną na bardziej „teatralną” widz odczuwa bardziej, że ma do czynienia z pełnokrwistą baśnią, co film ten robi wręcz po mistrzowsku. Jest w nim coś magicznego co fan fantastyki doceni będąc w każdym wieku.

Jedyne co irytuje to ciągłe próby nawiązywania na siłę do trylogii „Władcy Pierścieni”. Dobrym pytaniem jest po co dodawać do i tak rozbudowanej historii postacie takie, jak Legolas, którego w książce nie uświadczymy, mając jakby nie patrzeć główny atrybut spajający cały świat Tolkiena, czyli pierścień. Nie rozumiem tego zabiegu i uważam go za bezcelowy.

Jeżeli lubicie fantastykę lub opowieści przygodowe na filmie „Hobbit: Pustkowie Smauga” dobrze spędzicie czas. To naprawdę nieźle przedstawiona baśń, na której bawiłem się bardzo dobrze. Jest ona skierowana wyłącznie do osób, które znają „Hobbita: niezwykłą podróż”. Jeśli jesteście mocno przywiązani do książki istnieje ryzyko, że wielu z Was nie polubi filmu, bo coraz luźniej bazuje na materiale źródłowym.

Moje TOP 5 rozczarowań 2013 roku

Analogicznie do listy najlepszych pozycji minionego roku postanowiłem stworzyć ranking filmów, które rozczarowały mnie w 2013 roku. Pozycji takich nie było, aż tak dużo, jednak wypada o nich wspomnieć. Nie są to najgorsze pozycje jakie widziałem w swoim życiu, ale zwyczajnie tytuły, które nie sprostały moim oczekiwaniom jakie w mniejszym bądź większym stopniu miałem. Zapraszam do zapoznania się z moją listą.

5. Jobs

 

Film o Stevie Jobsie nie jest jako taki tragiczny. To wciągająca historia bazująca na życiu tytułowego bohatera. Jednak nie jest to dobra ekranizacja samej biografii jednego z twórców Apple’a. Film mógłby bronić się gdyby „Jobs” miał coś do zaoferowania ponad próbę odtworzenia historii Jobsa, jak przykładowa „Diana”, która była filmem romantycznym, ale niestety na tym polu zawodzi. W tym wypadku dostajemy wręcz strzępy prawdziwych zdarzeń, z których nie zrozumiemy, dlaczego Steve Jobs postępował tak, a nie inaczej. Wspominałem w swojej recenzji, że nie doświadczymy, także Jobsa jako postaci genialnej w dziedzinie marketingu z czego był głównie znany. To zadecydowało, że „Jobs” w tym zestawieniu musiał się znaleźć.

4. World War Z

 

Po „World War Z” obiecywałem sobie bardzo dużo. To miał być wreszcie ten film, który godnie przedstawi na dużym ekranie jedną z koronnych ikon horroru jakimi są zombie. Wyszło niestety słabo. Bezapelacyjnie film ten ma kilka scen robiących wrażenie. Wspomniana w mojej recenzji panika w mieście czy wdrapywanie się oponentów na mur, którym otoczony jest Izrael. Jednak tego wszystkiego jest za mało, żebym czuł się usatysfakcjonowany. W mojej opinii, gdyby film był skierowany od początku do końca do osób starszych, na pewno byłby lepszy, a tak zostaje za bardzo ugrzeczniony. Fabuła jest liniowa, a bohater, na którym skupia się cała uwaga widza, wręcz kryształowy przez co trudno z nim się utożsamiać. Mogło być zdecydowanie lepiej.

3. Jeździec znikąd

 

Tytuł ten to przykład na to, jak zrobić film, który zwyczajnie jest za długi. Po dobrym wstępie mamy środek, który mozolnie włóczy się, stając się w którymś momencie naprawdę męczący. Stan ten trwa, aż do świetnego finału historii. „Jeździec znikąd” jest pod każdym możliwym względem nierówny, bo stara się zadowolić, jak największą grupę odbiorców. Skutkuje to tym, że nie jest to ani dobra komedia, ani kapitalny film akcji. W zasadzie ton i klimat filmu zmienia się średnio o 180 stopni co kilka scen. Od prostych żartów, po masakrę Indian. Jest to o tyle dziwne, bo to w końcu film Disneya, który miał opowiadać prostą historię przygodową. Nie jest to tytuł, aż tak zły, jak jest przedstawiany przez zachodnie recenzje, ale panujący w nim bałagan sprawia, że mnie jako odbiorcę zawiódł.

2. Wolverine

 

Ten film w zasadzie nie powinien powstać. Postać Wolverina, w którą również tu genialnie wciela się Hugh Jackman, została na tyle wykorzystana, że śmiało moglibyśmy ją zastąpić teraz innym mutantem. Tym bardziej, że mówimy tu o X – menach, czyli bardzo bogatym uniwersum, w którym występuje olbrzymia ilość ciekawych postaci. Co z tego, że film bazuje na genialnym komiksie, jeżeli brak logiki jest wręcz kluczowym znakiem rozpoznawczym produktu. W porównaniu z tym filmem „X – men: Ostatni bastion” jawi się jako spójny tytuł. Bazując na nieścisłościach i scenach niezrozumiałych w „Wolverinie” można zrobić oddzielny film. Cały czas wierzę, że starano się zrobić coś dobrego, ale nie tędy droga.

1. Człowiek ze stali

 

Jeżeli czytaliście moją recenzję to nikogo znalezienie się najnowszego Supermana na tej liście nie powinno dziwić. Jak wspomniałem nie jestem fanem Supermana, bo zwyczajnie jest to postać, z którą trudno się utożsamiać. Spodziewałem się zobaczyć bohatera, który może wszystko, a dostałem wręcz jego parodię. Ów „Człowiek ze stali” jest jedną z najsłabszych postaci z jakimi się w ogóle zetknąłem. Teoretycznie miało to sprawić, aby widz czuł więź z postacią, która jednak wszystkiego nie może, ale wyszedł z tego koszmar. Z siły super człowieka nie ma prawie nic. Postacie kompletnie nie zapadają w pamięć i mało, która wnosi coś do fabuły. Próby oswojenia się z wielkim darem i nauka kontroli mocy, to najciekawszy aspekt tego tytułu, ale ten element zostaje szybko porzucony na rzecz bezsensownych przemów, które próbują tchnąć życie w jałowe postacie. Poza tym człowiek ze stali to wręcz ikona popkultury dla Stanów Zjednoczonych, która jest przez każdego człowieka rozpoznawana. Postaci tej należy się obraz lekko wyidealizowany. Zamiast tego Nolan burzy dotychczasowy wizerunek kultowej postaci i obsadza bohatera w mrocznym klimacie. Kompletnie nie rozumiem tej koncepcji artystycznej, bo o ile w przykładowym batmanie to się sprawdza, o tyle Superman zwyczajnie do tego stylu nie pasuje. Efekty specjalne stoją na wysokim poziomie, ale co z tego, skoro film nie ma za grosz tempa. Pierwsza połowa wlecze się niemiłosiernie sprawiając wrażenie jakby miała trwać wieczność. W drugiej jest o niebo lepiej i o ile do niej dotrwacie istnieje cień nadziei, że chociaż kilka dobrych efektów zobaczycie. Dodatkowo dochodzą wstawki romansu Lois i Supermana, które są dodawane w najgorszych możliwych momentach filmu, budując tylko frustrację u odbiorcy. Na koniec wspomnę o braku jakiejkolwiek logiki w tym tytule. Moim faworytem, jeżeli chodzi o to, jest scena z ziemskim ojcem Supermana, który ewidentnie może być uratowany przez naszego bohatera, jednak ten tego nie czyni właściwie bez powodu. Za nic nie przekonuje mnie tłumaczenie, że ma on się nauczyć, że nie każdego da się uratować. Film ten opowiada bardziej o idei Supermana, a nie o samej postaci. Pomimo, że nie jestem fanem tego bohatera, nadal wierzę, że ktoś zrobi z nim film w roli głównej na dobrym poziomie.